04 listopada, piątek
Musi mnie swędzieć coś pod skarpetą i ta nuta przebiegać
musi po kręgosłupie. Musi być zimno w oknie, a w środku coś musi się tlić i
grzać. Zmartwienie musi być, niepokój, niespokojna myśl i gwizd donośny z
ulicy. Rozedrganie, pożar jakiś i ciężar, przeszłość blisko, za drzwiami. Musi
być tam też bolesne nieporozumienie, wspomnienie pewnej powtarzanej ciszy i
czyjeś „dobranoc, miłych snów”. Zmęczony krok wśród niezamiecionych liści,
stukot walizki, tęsknota. Wszystko naraz i jeszcze więcej. Delikatna chwila,
kiedy czuć coś w sercu.
Impuls, powietrze i kojący głos. Na moment wpadam w siebie,
sprawdzam czy klatki zamknięte, zapalam świecę. Inaczej tu jakoś od ostatniego
razu, choć naprawdę nie zmienia się nic. Zapach strachu pozostał i błyszczy
kurz, nie chce się sprzątać, ale chce się zostać. Kusi ta melancholia.
Taki stan, brak mi słów.
29 sierpnia, poniedziałek
Ja nie oddycham patrząc na to zdjęcie! Żyłka pęka. Widząc
ten wyraz twarzy, farbę, kostium, widząc ten moment. Mycie rąk, mycie odbytu,
mycie zębów, refluks. Beze mnie nie ma lwa! Bez lwa jest tylko mrowienie i
przypadkowe bicie serca, przypadkowy wypadek – nietrzeźwy od puszczania oczek, od
zadawania się ze skurwysynami. Nie mam siły! Pralka, tory, zbite lustro na siedem szczęścia
lat. Widzę drzewo, podchodzę, macam jak Pinokia - liście spadają i jest zachód
Słońca nad jeziorem w Norwegii. Tam pojadę rozkurwiać dzieci, kiedy tobą
przeciążę świadomość.
Zaburzony obraz i guzki, wpierdalaj tabletki!
09 maj, poniedziałek
Zimno i ciepło, z miodem czerstwy chleb. Już dzień
splamiony, ja tu do tyłu poruszam się. Zegar ze ściany za karę zszedł, bo u mnie
kogut biega bez głowy. Na języku znów to samo hasło problemowe, gdzieś między
zębami utkwiła resztka sprzed dwóch lat. Wykałaczką nie da rady. Dźgam i dźgam,
oram parasolem pole, aż mi kaktus wyrośnie na deszcz. Może gdy opakuję się
plastikiem, za ciąg zer ktoś mnie zlicytuje za pięć dni. Dam po trzykroć karnet
na poprzeczny flet i papugę w ramie z psów, chyba nie pogardzi nikt. Albo też
po tamtej halabardzie otworzę ranę na błyskawiczny zamek, by się pochwalić. Gorzej gdy, ale, bo, jeśli już wierzę w coś, to znaczy, że miłości w
rytmie zerojedynkowym nie ma.
Spierdalaj koszmaru do szafy albo niech mama wypisze ci usprawiedliwienie, i poproszę jeszcze trochę twojej śliny dożylnie.
13 lipca, wtorek
W nieistniejącym miejscu bez nazwy, w którym wieści nie
dochodzą, omijam stare rzeczy umilaniem Ciebie swój czas. Oplatam ciało farbą w
myśli zamknięty, ale możesz przecież wejść. Ty możesz. Wejść bez wstępu, bez
hasła dostępu wejść. Bo wiem jeszcze, jak wyczarować skarb, z którego pozwolę
Ci coś dla siebie skraść. Pozwolę dotknąć, poczuć, między plamami a
międzyplanetarnym chaosem doświadczyć tego, co we mnie jasne i jeszcze nie
splugawione, bo wokół przecież tyle czarnych dziur, ale poradzimy sobie. Masz w
końcu tyle zapomnianych sił…
Zapach Twój prowadzi mnie do dziecięcego haribo raju, tak
dorośle przesiąkniętego pożądaniem. Na wodzy trzymam się, jednak z każdą myślą
czuję się coraz bardziej odwrócony w Twoją stronę. Czy Ty wiesz, że? W tym
kurzu nieistotnych spraw, jak na zawołanie. Pomoc za pomoc, głęboki wzrok, więc
patrz. Bezustannie. Kolejne powitanie, pożegnanie i tak dalej. Czy wiesz?
Dzieje się w nas coś dobrego.
Wracasz z tym wyjątkowym uśmiechem na twarzy i wiesz, że
było warto. Nabiera szarość kolorów, a złudzenia wreszcie pokrywają się. Awizo
na szczęście? Adresat podwójny, więc odwagę miej za szybą znaleźć je. Na
wyciągnięcie ręki ten najwłaściwszy układ gwiazd…
25 czerwca, piątek
Zafiksowany w lepkim miodzie uciekam przed pszczołami, bo w
snach znów jakiś trzeci świat się przedstawia. Iks w nim strzela do mnie
klejem, by uwięzić ponownie w bagnie i raz po raz ktoś z was śle w nich sms-a, by zburzyć kolejny z piasku zamek. W autobusie, wśród obcych głów myśli
oplatają pnączem, niebo się chmurzy znów, kłębi się dym spopielonych do gry
kart waszych twarzy. A ja znów uciekam, bo stawianie czoła przyjezdnym
problemom kosztuje zbyt wiele. Każdy swoją prawdę ma – mi nic do tego, tylko od
moich z daleka. I tak już coraz trudniej znaleźć wygodne i bezpieczne
międzyludzkie. Może lepiej nie szukać i nie prosić? Mój targ obwoźny, mimo
swego bogactwa, jest w końcu zbyt skomplikowany i nie do przyswojenia. Trudno
znaleźć klienta, kiedy wspólna waluta została zapomniana.
Nie obchodzą ich starania i pogoda, nie cieszy druga twarz i
ramię. Wyrywanie włosów z głowy to zupełne nic, byleby nie wchodzić w drogę,
nie wymagać. Takie puste życie bez rozwoju i idei, bez tęsknoty. Jak to jest
możliwe?
"Mieć wokół siebie uśmiechnięte twarze,
przyjazny krąg serdecznych rąk,
dalej nie szukaj już nie potrzeba marzyć,
to jest ten ląd, tak blisko stąd."
Światło nie zmienia się, ciemność nie znika. Chcę do ciebie i ciebie chcę kochać i słuchać, choć ty jak drewnianą kukłę traktujesz mnie. A ja nie chcę ciebie mieć tylko przez sen…
09 czerwca, środa
Nie jestem ta, co szła, szła i zaszła – w ciążę.
I nie chodzi tu o zaimek osobowy.
Wbrew CB-a pytam o zwyczaje, wyznanie
i byłych partnerów & god bless (god sick)!
Bo zakochać się, to przecież
rozstępujące przed Mojżeszem Morze Czerwone.
Pewnie była to jakaś kurwa, ale ja akurat
to w miłość wierzę…
Na przykład taka Bożenka, co w kiepskiej sukience prosi o
kagańczyk. Bo przecież zbiera maki, dojrzałe ratuje rumaki i na drogowe znaki
nie zwraca uwagi. Do tego za dziecko ma trupka. Myje go, liże i pierze skórę
starą, bo wyszły wcześniej piórka z niej. Pewnie przez telefon robiła bachora i
żetonów zabrakło, ale to był jej wybór osobisty. I ona teraz samochód by
chciała! Ten taki z ekranikami i mechaniczną skrzynią biegów. Żeby wyglądał
bogato i wsiadało się łatwo. Bo futra już wyszły z użycia ze względu na
zagrożone gatunki. Czekając więc na auto, uszyła odzienie z niemowląt. Tego się
farbą nie leje, bo już zakrwawione od razu. Tylko ona chyba wcześniej miała już
raka. Raka-lizaka od zepsutych dziąseł, w które wdarł się HIV. Ucięła pierś i
wargę, ucięła też palce. I wreszcie został z niej trup, co pasuje do dziecka.
Ale pomimo chorób i zła - chciałoby się niechcący odpalić
bombę, zamiast poznać się na otwarciu nowej galerii. I te lata tajemnic od do w
30 sekund i można już nie pozdrawiać. Aż strach się bać.
Tylko najpierw znajdź mi buty, bo bez nich, choć to grzązki grunt, kaleczę
sobie stopy...
19 maja, środa
Od A do 7 politerowane dni. Dziś przez okno wpadła analiza
przymusu poszukiwania. W folderach więc ćwierćabsurdalne słowogwałty znajduję, by
z nich zrobić różaniec. I tak: „dziękuję, że się dla mnie starasz” nawlekam za „dziękuję,
że jesteś”. „To jest dla mnie bardzo ważne, bo na tym opieram związek, na dawaniu
siebie dla kogoś i odwzajemnianiu tego” – niech będzie Ojcze Srasz. Brzmi jak raj, ale to piekło,
gdy się przyjrzysz. Za dziesiątką głodu Afryki i Azji – pycha i echem wrzawy
egotyzm się niesie. „Mój drogi, moi
przyjaciele są inteligentni i nie wypowiadają sie o kimś, kogo nie znają,
jeśli nie zajmiesz stanowiska, to nie mamy o czym gadać” – sprzed lat. W
Europie dziesięć twarzy - odwróconych praw, po paciorku na każde imię ze swoją
szufladą w archiwach, gdzie wszystkie stare obietnice i nagie zdjęcia. Cudzymi
słowami każdą, zdrowaś, można upodlić Maryję. Bo
„naprawdę sobie ze sobą nie radzę”, „nienawidzę cię za twoją miłość” i „nigdy
nie mógłbym cię pokochać”, czy może „wydaje mi się, że raczej chcesz czegoś
więcej, coś czego nie chcę i nie mogę ci dać”. Tryb zgodności tylko w sznurku
zawarty, co spaja te różane korale, których przełknąć nie sposób, ale do
modlitwy w sam raz.
Kolekcjonujemy więc wciąż podobne poznanio-doznania, by za
kilka chwil znów urwał się gest. Może kiedyś, gdzieś…
08 lutego, poniedziałek
Szukam Cię tam, gdzie nie sposób znaleźć. Oślepiony niejasnościami wciąż w tym galopie zawracam, komplikuję. Kolejnych kolorów próbuję w nadziei, że trafię na ten właściwy. Z chwili na chwilę – innego nic nie zostało, bo momenty zielone raz, to znowu czarne. Śmiech przez płacz i życie dzielone przez śmierć. Krok dalej, tu znów wstecz. Żyję, by błądzić. By nie znaleźć poszukuję. Czasem aby wskrzesić, a za chwilę zabić znów. A cel wciąż daleko za horyzontem...
Za oknem, w ruchu, widać jedynie prędkości przemijanie, nie moje zdjęcia i jakiś obcy świat. Gdyby nie zakaz wychylania się, już dawno bym wypadł by zbadać i przepaść kolejny raz, jeśli ktoś by na to pozwolił. Mogę tylko patrzeć i wyciągać rękę, lizać szybę, mamrotać coś o wdrukowanej bezradności. Tak blisko ekranu, jakby miało to jakieś znaczenie, jakby obraz był świeższy, ale nie można dosięgnąć. Nie można.
Rozcinam kolejną kopertę, słowa wylały się na dywan. To te bezużyteczne wyliczanki, które wciągnie odkurzacz. Dalej beton i asfalt, przełykam z ciężkim sumieniem, bo przecież może ciekawszy film znajdę między cieniem a światłem litery. Ekscentryzm szuka mistycyzmu, mistycyzm popadł w ostracyzm, szaleństwo dojrzewa w doniczce.
- Byłem dziś na zakupach. Kupiłem pistolet.
- Dla kogo?
- Dla mnie, dla ciebie, dla wszystkich.
10 stycznia, niedziela
Przetargówa po pantomimie twarzowo lepsza od Björk rzekła, że seks to sprawa zawodowa, a taniec jest rzekomo konieczny do oddychania. Oddycham więc tańcem, śpiewam różańcem, wciągam, łapię garściami jedną ręką, na drugiej stoję. W rękawiczce, bo tak jak ona do mnie pasujesz w tym filmie ze mną w roli głównej. Rozumieć nie trzeba, bo to nasz dziwny kontekstowo świat, mały wspólny kąt bez odkurzania. Wariantem inwariantu jest w tym przypadku miejsce, w którym bije Twoje serce. Na przystanku, w koronie, z kurwą w ogrodzie, a nawet przedszkolu i bibliotece. Tylko to się liczy, bo wartości stałych już się nie produkuje, wyszły z użycia poza jedną – życiem.
„Chcę do Ciebie, nic więcej. Chcę usiąść i słuchać, być blisko. Chcę do Ciebie, nic więcej. To dużo i mało i wszystko...”
Na piano mi zagraj z nutą violín potrójnym staccato. Ta-ka-ta, ka-ta-ka, jaka-ja-taka-kaja-jak-kat. Za rękę potrzymaj, by wiatr piór nie rozgarniał, by chłód nie wdarł się w myśli. I powtarzaj jak najczęściej: będzie dobrze, razem wszystko nam się uda.
„Miłość to biały ptak, wleciał do Twojej klatki piersiowej. Klatki - pułapki sercowej. I albo latasz jak on albo z nim walczysz na noże. A on jest większy, silniejszy od Ciebie; bez niego pusto i smutno na niebie. Ja chcę do Ciebie...”
26 grudnia, sobota
Kondygnacje mnie ruszyły z parteru. Jak w zaklętym kręgu znów piętrzę się, narastam ponad głowami (niedościgniony windą). Zatem pobabajaguj ze mną kochany i wychłoszcz mnie choinką!
(Bo:) Miłość to tajemnica, szlachetny kruszec. Agape, już Cię muskam wargami! Już widzę ten ślub w asyście szamana, na ustach przymierza, w szkole bycia nadprzyrodzonym. Już sunę nad ziemi powierzchnią bez kul, bez szwów, bez krwi.
I choć „nie rozumiem wcale, czemu nas uparcie parami stawia los przed wyborem stałym, z której strony ma paść pierwszy cios. Bo nie jesteśmy dobrzy, co nie znaczy wcale, że jesteśmy źli. Każdy z nas - uwikłany, każdy z nas dobrze zna zasady gry. Więc musisz mi wybaczyć, jeśli zawrót głowy nie pozwala mi trafić prosto w serce i ukrócić naszej karuzeli dni. Bo nikt z nas nie jest pierwszy, nikt z nas nie wyprzedza, a ci, którzy wniosą nas na metę ramię w ramię będą szli. Choćby było ci niedobrze, nie wysiądziesz, nie wyskoczysz i nie wygląda na to, by ta karuzela kiedyś stanąć miała.”
Wbrew więc przyrody regułom, wbrew zakłamanym prawdom i zasadom: rozumiesz, pamiętam, myślisz, tęsknię, pamiętasz, rozumiem, tęsknisz, myślę. Pilot wysiadł zanim wszedłeś, zatem jedziemy w nieznane, bez przystanków na żądanie. Ważne, że razem...
07 grudnia, poniedziałek.
„Sen. Czmychnąć weń, zbiec jak tchórz. W fazy delta cichą otchłań spaść od twych rąk, od twych ust obojętnych tu na jawie. Spać. Przespać rok, siedem lat. Krasnoludy, końce świata śnić, bo tu nic tylko śmierć, usychanie tkanek. Rozpacz, że nie kochasz mnie...”
Samotne Nasdysci na kolejowej stacji, gdzieś w oddali, na trasie Katowice-Kraków. Znów bezsenna noc. Miałem dom, nie pamiętam gdzie to było. I ta niepogodna niepogoda kosmosu.
Czarodziej wypełnił mnie do pełna i natchnął. Zaskrzyło, spadł śnieg i ktoś nalał z krowy mleka do szklanki. Czarodziejskim darem czarodzielić, czarodarzyć bym chciał z różdżką-maczugą obrzezaną do śliny. Czaromarzę o czaro-zdarzeniach. Jakaś w tym nostalgia. Tak witalnie rosnąć bez kontroli, ginąć i mówić, jakie to wzniosłe. Oddawać się ulicy, architektonizować niezadomowienie. To nie miejsce, lecz stan, przemieszczający się w pośpiechu w poszukiwaniu otwartych ramion i pełnych dłoni. Z perspektywy podłogi, czy drabiny – co za różnica. Do piekła zewsząd jeżdżą autobusy.
Kuzynka połyka niedopałki z ziemi, matka smaruje łokcie czerwoną szminką, a ja nie chcę jeszcze się obudzić, bo w kuchni spotkał się Szatan z Bogiem. Grają w karty. Śnieżynka rozsypuje im kreski kokainy na stole, a elf rozdziela je kartą kredytową świętego Mikołaja. Ktoś z góry krzyknął, że tak nie wolno, ale kogo to obchodzi. To przecież wyłącznie kolejne przemijanie chwil, układanie się przez sen w embrionalny kłębek, aby poczuć namiastkę bezpieczeństwa...
02 grudnia, środa.
Zbudowałem w swoim życiu
kolejny domek z kart, który
rozpadł się z podmuchem czasu.
Nie wiem, czemu tak już jest,
że jedno kończy się,
a drugie nie zaczyna.
Z rezerwuaru następna znikła
rzecz, został po niej jedynie
katalog inwentaryzacji.
W spisie treści tylko
jedna wzmianka,
jeden mały ślad po tych
tysiącu latach przytulania.
Wyblakły kolorowe bramy,
ktoś pomylił się
i kurtyna spadła
w trakcie drugiego aktu.
Tak bardzo boję się
o nasz świat.
Dlaczego?
Anioły bombardują ziemię, z kraterów wydobył ktoś przeraźliwy gwizd. Tam ukryłem kiedyś wszystkie pierwsze strony chwil. Pamięć szczęścia krzyczeć zaczęła jesienią. W bunkrze ukrywam się przed nią, zlękniony ruchem wskazówek. Na prawe ucho ogłuchłem od wybuchu, zęby wypadły na ziemię, bo ktoś zabrukował tory. Żarówka dogasa, więc przygotowuję się do ochrony siebie w ciemnościach. Strzelają z moździerza, rzucają drylowanymi śliwkami bez przerwy. Nawet nie można wyjść stąd na krótki spacer. Nie wiem już sam, czyja to wojna i po której jestem ze stron. W oczekiwaniu myśli błądzą moje po polu walki, po lesie, po czerwonym od eksplozji niebie. Każdy trup ma inną historię i nikt już nie ma serc...
„Podobno nie wolno kochać wszystkich naraz
Wszystkiego, co się rusza
A kogo wolno
Jeśli jesteśmy tylko sobie i kawałkiem drzew
Nie wolno być na lewą stronę
Wchodzić w ogień i...
Rozmawiać z Bogiem
O głupich komputerowych snach
Jesteśmy tylko...
Kawałkiem pudełka
Z którego właśnie wyszedł królik
Jesteśmy tylko
Kawałkiem pudełka
Z którego wyszedł królik”
I może włączą prąd, wtedy zobaczymy się ostatni raz, bo teraz nie mamy głów ani rąk.
30 listopada, niedziela.
Historia zaskakuje powtórkami. Bo to stało się już tyle razy. Zabrakło człowieczeństwa i moralności na świecie. Oczy znów opuchnięte od łez. Zaczęły wreszcie parzyć, rozkładać swym kwasem tkankę. Nie ma już wiary. Wyczerpana wyschła, odeszła. Pustka. Wątpienie zmęczyło już mnie na śmierć. Teraz, tu, w tym mentalnym trójkącie bermudzkim załamuję ręce, bo nie mam już siły. Bezustannie puszcza mi ktoś ten film o końcu świata, który nie chce zejść z afiszu. To tylko delirium, ostatni etap. Bez pocałunków, otulania ramionami. Bez, a te róże, których nigdy mi nie dałeś, zwiędły w wyobraźni. Po co tu jestem nie wiem. Nie chcę. Niech to już skończy się, bo czas wstać, a ja ciągle w parterze. Nie przetrwam więcej świeżych ran. Moje ciało tego nie zniesie. Tak bardzo boję się jutra...
Kiedyś byłem z kimś przez jakiś czas naprawdę szczęśliwy. Litery się uśmiechały, a z miłością było nam do twarzy. Chciałbym do tego wrócić. Jednak szkoda moich słów – Ty nie słuchasz już. Nie odpowiesz, nie spojrzysz, nie weźmiesz ze sobą, nawet się nie przywitasz. Brakuje mi ciepła Twoich dłoni, a Ty jesteś już tylko cieniem tamtych dni, które wciąż opłakuję.
Kiedyś byłem z kimś przez jakiś czas naprawdę szczęśliwy. Tak bardzo chciałbym do tego wrócić...
23 listopada, poniedziałek.
Dzień nie zaczął się wcale. Zapomniałem się obudzić, bo we śnie doczepiane skrzydła zakładałem na każdy dzień tygodnia w innym modelu z tektury, z nylonu i innych.
***
Czekając na sztorm stulecia, napisałem książkę o samotności. Szukam wydawcy. Mój świat, moje kredki. Zapomniałeś tylko kolorowanki zostawić, a przecież słabo u ciebie z pamięcią.
***
Czy ja w takim stanie, prosząc na targu podczas starszych pań chociaż jeden element, czy skąd? A czy mi się wydawało, że ja, czy tylko kto inny? No i kurwa tego nie rozumiem. Bo to ja niby wyniosłem? Ale kiedy ty to widziałeś, co ja bym upierdolił z głowy?
***
Kto by pomyślał, że w tym czasie wyznaczanym wizytami u psychiatry tyle może się wydarzyć.
***
W tych oczach, w uścisku. Bo dni idą. Popierdalają na tych krótkich nóżkach, a ja ze splecionymi rękami żadnej chwili złapać nie umiem. Ogonami tylko klaszczą mi w pysk. I już ich nie ma, uciekły. Później znów w tą zimną pościel samemu i nikt się w głowie nie kołacze. Nawet jeśli, to nic z tego. Pomarzyć nie zdążę, bo już przeminęło kolejne spotkanie.
***
Wypluwam z siebie wydzieliny. Nie ma w tym nic więcej, prócz upokorzenia.
***
Mam swój świat, w którym tańczę z małpami makarenę w rytm miasta, jednak nie o to mi chodziło. To wszystko jakaś gówno-prawda...
14 listopada, sobota.
Ten cały świat jest jak kosmyk Twoich włosów. Martwych kilka włókien z genetyczną pamięcią. Zakodowany każdy krok, każdy dzień.
Pierwsze kłamstwo: Nigdy więcej o Tobie nie pomyślę, nie napiszę na Twój temat żadnych więcej słów. Kolejne: Nie uronię już przez Ciebie nawet jednej łzy. Ostatnie: Wszystko zrozumiem, wybaczę, zapomnę. Wysrać bym Cię w końcu chciał, jednak nie wychodzisz. Ciągle siedzisz mi na jelitach. Bolisz, uciążliwie ciągniesz w dół swym skurczem. Taka mi po Tobie została pustka – szorstki spadek aż po kres, amen. Ta minuta ciszy po nas trwa ciągle, nie przestaje być żałobą...
Z pamiętnika samobójcy wyrwałem kilka stron, tych o mnie. Ułożone w trumnie popłynęły tylko parę chwil przed utonięciem. To nie jest szczęśliwe zakończenie. Duch mi świadkiem, że podupadam na duchu razem z tą myślą gorejącą, której podcięto skrzydła. Nie przyświecał temu żaden cel, a usta już nie pamiętają pocałunków. Skradając się w półmroku zaczynam utykać coraz wyraźniej. Moje widoki to teraz tylko ta pusta przestrzeń, w której pożałowano na farbę. Stąd nawet echo wyprowadziło się do lepszych miejsc. Tutaj nie ma już nic. Tutaj otwieram poczekalnię śmierci, w której nie jestem i nie staję się, bo przeterminowałem swój termin przydatności, bez przedłużenia.
07 listopada, sobota.
Chaos we mnie, chaos pode mną. W wolnych chwilach przesadzam drzewa zielonym do dołu. Z oddali słychać, jak kowal wybija godziny smutno-dźwięczne. Świat się kończy już tyle lat, że nie ma co czekać na cuda. Całe życie w nawiasach. Zawiasach. Gdyby jutro w ogóle mogło być, dziś byłoby zupełnie inaczej. Trudno. Jeszcze przez jedną chwilę chociaż pojodłuj ze mną. Bo chociaż ja Cię całkiem sobie wymyśliłem, chcę się przy Tobie zestarzeć, nie doroślejąc. Czy aby podzielasz entuzjazm mój chociaż połowicznie? Bo kiedy mnie porankiem, marzeniem natychasz aż po zakrętkę, to mi się wtedy naprawdę wydaje, że prawdziwy mógłbyś być. Ale nie jesteś, bo ja sobie Ciebie tylko wymyśliłem...
Słowa zaczęły się już sprzeniewierzać. Zaczynają patrzeć zezwierzęconym wzrokiem, infiltrować nieskutecznie mnie. Ale ucieknę im, może do Krakowa. Świętować niepodległość z kimś. Kimś odrobinę ztygrysionym, wymarzonym. Nieprawdziwym jeszcze, kolejnym kimś. Bylebyś tylko nie miał średnio pustego wykształcenia i nie dysponował mało wolnym czasem, bo wtedy nie wiadomo, czy dysponujesz nim czasem, czy tylko od święta. I oby koleje losu nie wykoleiły się podczas podróży koleją. Oj, to byłoby straszne!
06 listopada, piątek.
Degradant ascendencji. Wróciłem ze świata, a tu choinka już czeka i żur. Jaworzno Szczakowa trochę się przeciągnęła. W czwartek przyjdzie pismo, że skreślono mnie z listy studentów. W poniedziałek będzie referat o Katalonii na podstawie Brzechwy i Tuwima, a wczoraj małe-mu zrobiłem herbatę. Kimono, pielgrzymka na kolanach, sushi w trawie. A w czwartek o 17:21 wyszedłeś zza rogu na ulicy, ciemno było, chłodno, z Bartkiem wracałem, zaskoczyłeś mnie, a jak nas mijałeś miałem ochotę popełnić w tej samej chwili samobójstwo. No i upuściłem sobie krwi, bo mnie w maliny wpuściłeś przecież, jak nikt. Samotnym, oj sem smusmotny. I kurwa, poryćkałbym.
Jak się porania, czyli jak masz koronę, to można ronić i można też poronić. I można mieć fajne życie. Kupowane tabletki. Ale kiedy? Nie wiem, chyba jakies pięć lat temu. U Izy? W 1867 roku, to było krótko przed wybuchem paniki na giełdzie. Ta panika tam mieszka w tej firmie? Nie, 3 kilometry dalej. Ta firma miała płot? Żywopłot. I oni wpierdalali przez ten płot żywo? Yhy. No to teraz to jest logiczne, że oni wpierdalali przez ten płot jako żywo. Teraz to jest oczywiste, dynamiczne, zrozumiałe, logiczne. I skryte. I jeszcze mające cel. To co, palimy jeszcze? Piesa poszedł. Pijemy, dopijemy. Chyba się w temacie trochę rozjechaliśmy...
24 października, sobota.
To mnie jeść powinieneś, bo jesień. Tu do mnie, widelec, pomachaj. Przepadłbym, w rów bym przepadł jak dzień, więc rękę mi podaj, wyskrobaj. Skosztuj słodyczy, wódkę spij z moich ust. Tabletek wystarczy, lecz dokarmię jeszcze latarnie. Z konfitur dżem, parasol. Zbadaj, podporą się stań, posiedź przy stole. Ryzykuję zdrowiem. Pokochaj, a po kochaniu zostań tu, zadomów się, pokochaj. Kochaniem mianuj mnie, zakochaj. Aż do „kocham Cię” rozpal. Pokochaj.
I czapkę załóż, rękawiczki ciepłe, rękaw w spodnie. Dotknij, przesiąknij.
Urokliwość chwil za urojenia. W tle palą się zgliszcza. Twarz miasta znaczenia nabiera, w pociągu na drobne rozmieniam się. Ja ta, ta ja taka zagadka i zdrapka, dla smaku gotowa oddać się. Poranne rany wysyłam do szwalni, złamane żebro w gips. Skóra na lewą stronę poczeka wymięta. Uczulam się, westchnieniem Twoim otulam, poczynam. Do sklepu po kilka spojrzeń, w myślach się snując myślę o Tobie. Z komisu wykup mnie, poproszę. Kaloryfer zakręć, rozbierz mnie. Zliż te łzy lejące się, pokaż rogi. Ślimak, ślimak...
07 października, środa.
Między życiem a śmiercią trwam. Zagubiony. Tracę rozum. Apatia, omamy, siniaki. Napadła mnie nieprzerwana ulewa. Bezsilnie wylewam się. Wypadam z ram. Reakcje maniakalne, akatyzja, drgawki. Cierpnę na samą myśl, gotowy się poddać. Bezsilnie i nieostrożnie korowodem myśli w ciemną dal, próbując wykrzesać choć trochę egoizmu. Puls 97. Wracają wszystkie gorzkie wspomnienia skumulowane w tej burzy. Nie ma schronienia. Ostatnią przystań trafił szlag. Jestem tam, gdzie mnie nie ma, coś na kształt cienia. Jakbym za życia umierał. Jakbym już tam kiedyś był...
Miłość torturą. Śmiertelną chorobą. Kochać Cię teraz to płonąć. To mieć w sobie rozrastający się drugi szkielet. Bezustannie połykać gorycz. I nie da się tego przerwać. Wiara zbyt silna.
Wróć, napraw, wylecz. Chcę Ci tyle dać...
01 października, czwartek.
„Śpiewam Cię, smutek Twój, strach rozcieńczyć chcę. Niosę Ci jeżyn kosz na pociechę, jedz! Śpiewam czas, każdy dzień, co spopielił się. Ziarna te, z których plon marny żaden był. Chciałbym móc zanurzyć głowę w strumieniu Twojej świadomości, bezpowrotnie. Chciałbym przez judasze oczu Twoich łagodnych spojrzeć. Kto tam? Kto jest w środku? Śpiewam żal, ciężar słów, które więzi krtań. Niosę Ci świeży chleb, niosę wina łyk...”
Nikt nie wie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Boję się zapukać. Wstyd. Strach. To całe wychodzenie. Halo? Do siebie. Duszno. Dolewam oliwy. Marzę o cyjanku. Zapadam się do środka. Bez dna. Halo! Kto tam? Mąciło się w głowie. Bo krew i łzy. Pisk opon. Halo. Od razu zbiegowisko. Z balkonu, mostu, pod tramwaj, w wannie. Jeszcze byłbym, gdybyś Ty. Halo...
Zapomniałem kim jestem. Zgubiłem dane personalne. Zmieniłem adres na emocjonalną bezdomność. Panicznie wciąż wobec samotności. Chcę, choć nie mogę. On może, lecz nie chce. Braki. Dziury. Wieje. Zimno. Mrok. Nie ma już światła. Dogasam. Ostatkiem sił ostatni błysk. Zanikam. Zapachem swoim już raczej tylko się duszę. Bez opcji awaryjnej. Nie przewidział jej plan. Myśl. Miłość. Mózg. Wykorzystany sens. Nie goją się rany. Nie pamiętam czemu. Nie wiem po co ja. Nie mam prawa (być tutaj). Ja już dziękuję. Poproszę rachunek. Bez reszty...
Szybko i jednoznacznie. Przestaję istnieć.
19 września, sobota.
...
Bo nic już przed sobą nie widzę. Bo straciłem najważniejszy element siebie i nie wiem, jak go odzyskać. Bo nigdy wcześniej żaden człowiek nie znaczył dla mnie życia.
...
Na korytarzu chodzę z kijem w dupie. Cały napięty, żeby rozedrgane nogi nie straciły pionu. Trochę oszołomiony, trochę wściekły. I zauważam tylko, że nic do siebie nie pasuje. Że to sytuacja nie z mojej bajki. Że wszystko szlag trafił i się w tym nie odnajduję. Nie podoba mi się. Boli. I ciągle trzeba napinać mięśnie, trzymać twarz na wodzy. Żeby nie uronić publicznie żadnej łzy. Płaczę wtedy wewnętrznie. W uszach słyszę swój przeraźliwy niemy krzyk, a w wyobraźni szukam drogi ucieczki, jakiegoś stąd wyjścia ewakuacyjnego na skróty – byle jak najszybciej. Byle ktoś złapał za rękę. Przytulił mocniej niż smutne wspomnienie. Maska jednak co chwilę spada i wtedy każdy widzi, jak jest naprawdę. Jak ciężko trwać z dnia na dzień bez planu na przyszłość i Towarzysza. Ciągle tylko czekać na spotkania, na telefony i wiadomości. Na jakąkolwiek myśl, która choć na trochę odwróci uwagę. Tyle razy już przez to przechodziłem. Za każdym razem jest gorzej. Czas biegnie, a ja mam dość poszukiwań. Nie chcę kolejny raz opowiadać swojej historii od początku. Nie chcę już nikogo uczyć się i poznawać. Nie ma mowy o desperackim szukaniu czegoś nowego. Chcę wrócić do tego, co tak dobrze znam. Co tak bardzo pokochałem, od czego się uzależniłem, bez czego nie potrafię już żyć. Lecz na drodze stęsknionym do szpiku kości pragnieniom staje niemożność nie do zdarcia. Niemożność, w której zawarte jest całe ludzkie zło. Z jednej strony nieczułość, bezmyślność, tchórzostwo, niedojrzałość, głupota, obłuda i brak odpowiedzialności. Z drugiej ocean bezsilności nie do przebycia, pustynia samotności. Tona żalu. Mówią na to „sytuacja patowa”. Może mają rację.
A mi wciąż 8 dni w tygodniu nie wystarcza, by wyrazić jak bardzo kocham...
06 września, niedziela.
W plastikowej beczce z kapustą i martwymi noworodkami. Kiszę się wśród trupów z okrzykiem na ustach: Jukstapozycja, jukstapozycja! Efronteria! Czubówna uspokaja mnie czytając samą siebie (syntezatorem mowy). Szpak patrzy jej w pizdę. Nie wytrzymuję napięcia i spuszczam się kanalizą...
„Czy to już tak zawsze ma pozostać?
Czuję się jak rysunkowa postać
Kim był ten gość, co na pomysł wpadł
By mi na złość dookoła zafundować
Z papieru, z papieru świat...”
W tej nieznanej dotąd dżungli pokręciło mi się w głowie. Bo wszystko takie nowe. Zagadkowe. Za rogiem już brak normalności, chociaż podświadomie wciąż w tył biec się chce. Wracać. Ale nie do raju, w którym woda z kranu. Kronopio chce pić ze źródła – tak niedorzecznie, wbrew wszystkim. Jak „fiutek w halce na skałce”. Żeby słowa już więcej nie siekły do krwi jak grad pięści, co uderza w potylicę. I żeby piękno nie rodziło demonów. Nigdy więcej takich twarzy, takich kłamstw. Bo ten paranoi rój ciągle goni, ciągle jeszcze tnie jak chuj. A kiedy nic już nie da się zrobić, pozostaje jedynie śmiać się po gombrowiczowsku - „ścichapęk” psim śmiechem i natarczywą Formę rozbić przemocą (dystansem). Zachowywać się subwersywnie...
Po co jest miłość? Bo jeśli nie po to, by się trzymać za ręce w ciemnościach pełnych przerażenia, to nie wiem.
27 sierpnia, czwartek.
Słoń Afrykański czy Picasso? Co byś wybrał? Co bardziej warte ocalenia przed zagładą? ...
Rozpocząłem exodus zepsutych komórek. Niestety nie uniknę zgorzknienia. Potrzeba lat. Latami będę jeszcze kołysał się na wietrze. Gdzieś między czekaniem, a zapomnieniem. Teraz miłość walczy zacięcie z nienawiścią. Dwa nagie miecze. Molekularnie równomiernie rozłożona stal przeze mnie. W dwóch rękojeściach. Na dwóch biegunach tej samej wartości. Pojedynek nie do rozstrzygnięcia, a każde starcie znów wzbudza nadzieję, która stała się sędzią. Która trzyma mnie za rękę.
Patrzyłem kiedyś na różę
i pod różami znalazłem się w dziurze,
a że to było zdarzenie,
znalazłem w róży Korzenie.
Teraz wróżę, że w rurze znajdę różę...
Czytnik w mózgu podaje mantrycznie „no disc, no data base”, a ja na siłę zmieniam bieg. Codziennie ten sam trud, te same fazy. Dół, muł, kop! Libido wariuje. Później już tylko gniew aż do nieokiełznanego lęku przed zaśnięciem. Przed zamknięciem powiek. W tej ponad miesięcznej paranoi nieustannie zmuszam się do funkcji życiowych. Do zaległości. Do poruszania się. Błądzenia w kółko. „Czego ty szukasz Agata? Nie wiem...” I w tym pędzie po omacku przedłużam te chwile niewiedzy. Co mną kieruje? Dokąd zaprowadzi? Odliczam wciąż jednostkami następne potknięcie, upadek, porażkę, których teraz tak wiele. Bo jak się pierdoli, to wszystko naraz, ze wszystkich stron. Opętało mnie dogłębnie...
21 sierpnia, piątek.
Leki działają zaskakująco. W połączeniu z lekkim flirtem krew aż buzuje do tańca. Wyuzdany seks mi w głowie, cudzołóstwo i swawole! Ty siedzisz w pubie z kompem, a ja na odległość zlizuję wódkę z Twoich ust. Oczy nam się żarzą, że aż iskrzy, że aż trze! Na pełnych obrotach. Myśli splątane, serca w podskokach pompują pożądanie. Aż ciarki przechodzą. I chociaż tak trudno się dotknąć, tak trudno okiełznać, jestem tam z Tobą i Cię rozbieram łapczywie, szarżuję przez tą odległość dwóch ciał nieokiełznanie. Jestem tam z Tobą. Do usług, na zawołanie. Całuję, dotykam, muskam. Nie spieszno mi w dół. Bo każdy kawałek Twego ciała muszę posmakować, muszę poznać. Ale najdłużej usta. Soczystym, wiśniowym pocałunkiem doprowadzam je do gorąca. Z ust do ust wymieniamy się pestką. Ta chwila to zapomnienie, zatopienie się w sobie nawzajem. Już widzę, nie możesz wytrzymać, ale ja nie pozwolę Ci pójść beze mnie. Jeszcze za niska temperatura. Przecież to może trwać wiecznie...
Kiedy wargami pieścisz moje uszy zaczynam głębiej oddychać. Kochasz, kiedy mruczę oddając się rozkoszy. Już jestem w niej zatopiony. Już odurzony mieszanką naszych feromonów, kiedy zaczynasz muskać moją szyję, delikatnie kłuć swoim zarostem. Zaraz odpłynę, złap mnie mocniej, przyciśnij z całych sił. Nie przestajesz, ja zamykam oczy. Palce wplątuję w Twoje włosy. Już pofrunęliśmy w nieznane. Cali mokrzy. Pożądanie! Zatraceni w nieziemskiej przyjemności przestaliśmy nad tym panować. Teraz już dziki szał rozgrzanych ciał osnutych świetlistą mgłą. Zapachem seksu...
Co zdarzyło się podczas partii smyczkowych zostanie naszą tajemnicą, dobrze?
20 sierpnia, czwartek.
Chwilowo mnie nie ma, chwilowo nie istnieję. Jestem niedo-, pomiędzy. Jedną nogą po drugiej stronie. Chwilowo nie egzystuję i nie trwam, bo każdej nocy mi się śnisz. Na chwilę przed umieraniem...
"Servus-dominus"
W lustrze widoczna tylko śmierć.
Oczy przebite gwoździami.
Ciało szronem zastane,
zdrętwiałe.
Ktoś złapał za serce i ścisnął --
mój Panie!
Może to on, może ten kraj,
a może...
Tego jedynie się nie boję
w tej niespokojnej udręce,
w tym przekleństwie.
Splunęła przez lewe ramię
na karawanę. Ja nie,
bo ten element czarny już
wrósł.
Nie lękam się --
w te noce bezsenne, po których
bezdech i głęboki z lewej strony
ból.
Bo coś innego dręczy, nie daje żyć.
Coś innego, ktoś...
Zimny pot oblewa znów na samą
myśl.
Na tej karuzeli, na tym martwym
kole, próbuję coś na kształt wzbudzić
litości, szukając uspokojenia.
Ale to jedno tylko wciąż w głowie
bezczelnie niedorzeczne.
Niedoskonale w amoku czekając na
kolejny spazm, kolejną chwilę --
umierania przytomnie.
Niech już będzie.
Zgodzę się na te: --
21 lat urwane zawałem.
Tylko niech przyjdzie wreszcie --
uwolni,
bo do cna wycieńczony czekam --
na koniec tej bajki.
Mojej bajki...
13 sierpnia, czwartek.
„Każdy ma w sobie pestkę, każdy swoją. Jak owoc. Przylatują ptaki, przychodzi jedno po drugim spustoszenie. Robak. Gnije to, co jest miąższem. Odpada. Ale pestkę trzeba uratować. Pestka musi zostać nietknięta. Z pestki przecież...
Niepojęcie wstrząśnięta spytałam, co jest pestką.
- To, w co nie przestajemy wierzyć. Co jest najgłębiej nami; pomimo wszystko. Pomimo zła w nas. Pomimo naszych odstępstw, mimo wszystkich srebrników, jakeśmy wzięli.”
JADŹA
to Bóg, wszędobylska, w kawałkach astralna
jest przy każdym z nas, WSZĘDZIE
to zmiennopostacialne, wielowymiarowe
(jest w rozmiarze XL/XS), omnipotencja;
z urodzenia jest PANIĄ Z INFORMACJI,
z zawodu informatyk i wygląda jak kaktus,
ale nie mieszka na pustyni, bo mieszka
na Ursynowie.
Jadzia Kaktus
Al. Inforcji 0-700/991
009500 Warszawa
Ursynów / KURESTWO
z dopiskiem: adres jadzi jest wszędzie
(Informacja to stolica Warszawy,
a Ursynów to dzielnica Warszawy,
bo Ursynów to zaprzeczenie miasta).
Jadźa to wszechogarniające, ale nie może być
ich za dużo, bo istnieje niebezpieczeństwo, że
nas ogarną.
Jadźa jest PESTKĄ, która zawsze zostaje,
jest panem w kuchni, który czeka na resztę
(20gr., ale nie pieniądze są najważniejsze),
jest wibratorem, jest PRZYJACIÓŁMI,
w każdym z nas all-inclusive.
dociekliwa ciepła
relatywna melancholijna
zmienna i może się
zagubić w tłumie informacji;
sprzeczna i jednoczesna
NIEOBLICZALNA
empatyczna imprezowiczka;
jest KAWOSZEM, a kawa to PESTKA
(Maciek najadł się za dużo
pestek i ma biegunkę, chociaż
JEST BEZPESTKOWY, bo
pozbył się wiary)
Jadźa jest KURWĄ, bo zawsze wystawia
na koniec RACHUNEK
jest miłością, nadzieją, wiarą,
żalem, karą i odpowiedzialnością,
szczęściem, chwilą, rozedrganiem,
namiętnością i niesprawiedliwością,
tęsknotą, pustką i brakiem;
światłem w ciemności i mrokiem,
łzą, naszym pierwszym pocałunkiem,
bo jest PASJĄ, pasją, pas...
„- Musiałam się z tobą zobaczyć, nie mogłam znaleźć innego sposobu. Przepraszam... Borys... Pozwól mi zostać. Powiedz, że tego chcesz.
- Nie mogę. Ty też nie możesz.
- Nie mów o mnie. Mów o sobie. Chcesz, czy nie?
- To jest kaprys, literatura. Rzucisz mnie za miesiąc, rok...
- A skąd ci to przyszło do głowy? Kocham cię... Jestem szczęśliwa...
- Nie mam do niczego praw, nie mogę niczego chcieć. Mam dom, żonę, dzieci. Nie wolno. To musi zostać, rozumiesz?
- Rozumiem... Mam odejść?
...
- Jezus Maria... Zostań. Błagam cię, zostań.
- Nie bój się mnie Borys, ja niczego nie zepsuję. Nie będę wystawała pod twoim domem, nie będzie głuchych telefonów. Zresztą nie chcę słyszeć głosu twojej żony. Niczego nigdy nie zażądam. Wiem, że ty nie możesz. Rozumiem. Odejdę kiedy... kiedy tylko będziesz chciał. Idź już. Jesteś spóźniony. Poza tym może nas ktoś tu zobaczyć... Rzucę dla ciebie palenie, chcesz?
- Chcę.”
Podczas tego wspólnego
trudu wędrówki o siebie
i walki w nieznane
zgubiłem Cię
w śnieżnej zamieci
mówią
zabrakło mu sił
potrzebuje wyciszenia
bądź cierpliwy, poczekaj
„- Proszę cię nie płacz.
- Nie płaczę.
- Chcesz mnie zostawić?
- Nie. Nie, tylko ja już nie mogę. Ja nie mogę, nie chcę, nie mam siły... Ja nie mogę dłużej czekać na ciebie, na twoje telefony. Ja... ja nie mogę dłużej tak żyć. Nic nie jest ważne, tylko to czekanie.
- Dobrze... dobrze. Dobrze, że to powiedziałaś. Ja też nie mogę. Nie wytrzymuję.
- ...”
a ja w tym zapętleniu
szukając Twoich śladów
zaczynam gubić siebie
i tracę siły bezmyślnie
bo już nie mogę
się nimi podzielić
z Tobą
i mówią
jesteś od niego silniejszy
poradzisz sobie, pomożemy
przecież nikt nie wróci do wraka
„- Ale o co się bałeś? O mnie, czy o siebie? Myślałeś, że co, że sobie coś zrobię? Przecież to byłby grzech. I w dodatku śmiertelny. Kradnę, kłamię, cudzołożę - tysiąc kompromisów, a jednego nie. Słuchaj, myślisz, że tam w niebie wszystko się liczy naprawdę? Nawet kto sobie coś pomyśli? Byłoby straszne... to byłoby straszne.
- Nie chce mi się dalej żyć...
- Co powiedziałeś? Dlaczego? ... Co się z tobą dzieje? Co ci jest? ... Puść, no idź do domu.
- Nie mogę.
- Ale proszę cię, powinieneś już być w domu.
- Nie mogę...
- Ale proszę cię idź do domu!
- Nie mogę!
- Idź do domu, proszę cię!
- Nie mogę. Nie mogę! Rozumiesz?
- Ale...”
czołgając się w lodowatości
ciągle chcę Cię odnaleźć, pomóc
i kochać
bo wierzę
ale już nie za nas dwóch
chociaż mówią
sam sobie niech żyje w tym głupstwie
nie zasługuje na ciebie
nie dorósł jeszcze do prawdziwej miłości
a Ty zlękniony życiem
postanowiłeś wrócić do swej
średniowiecznej mentalności...
„Już tyle dni Ciebie u mnie nie było
I przez ten czas nic się nie wydarzyło
Bo mój cały świat jest dla Ciebie - a Ty
Jesteś mi światem, doliną wśród mgły
Powietrzem, ziemią i wodą
Wszystko dla Twej miłości
Wszystko do jej stóp
Wszystkie świata mądrości
Najwspanialszy cud
Wszystko by jej nie stracić
Aby mogła żyć
Wszystko za te słowa dwa
Te słowa: kocham Cię...
Zegarek ten, co ustalał spotkania
Tych kilka płyt, do wspólnego słuchania
Krzesła i stolik, dwa okna i drzwi
Ten nasz prywatny świat nocy i dni
Świat przez nas zaczarowany
Sahary żar gasił chłodne spojrzenie
Niagary szum tłumił smutne westchnienie
Milczenie gór było echem złych słów
Słoneczny brzask zmywał pamięć z mych snów
A wicher rozwiewał chmury
Ostatni grosz by ją nakarmić
Ostatek sił by ją ocalić
Najlepszy żart by ją rozbawić
Najlepszy wiersz by ją zachwycić
By była, by była szczęśliwa...”
Moją pestką jest miłość.
15 lipca, środa.
Polskie zbliżenia są najsmutniejsze...
Znaleźć siłę. Kiedy nic się nie udaje. Kiedy już cała wyczerpana w walce o związek, który nie przynosi żadnych profitów czułości. Znaleźć siłę na wieczne nauczanie, proszenie o komplementy. Na czekanie. Bezustanne. Bez żadnych obietnic i wsparcia. Bez obecności, chociaż jest tak blisko. Co to za miłość? Zbyt dziwna i wyczerpująca. Raczej dojenie krowy, bo ciągle bez wynagrodzeń, za darmo. A smutna, podupadła krowa ciągle jeszcze szuka w sobie tej siły na więcej. I czeka. Czeka aż ją ktoś pogłaszcze i przytuli. Prędzej ona zdechnie z wyczerpania, niż doczeka się jakiegokolwiek dziękczynnego czynu. A kiedyś chciał jej stawiać ołtarze i nosić na rękach. Już nawet dostrzec się nie da, że krowa ta była kiedyś szczęśliwa. Ironia losu.
Już nie potrafię iść w zaparte. Kurczowo trzymać się marzenia o naszym wiosennym szczęściu. O beztrosce, namiętności, oddaniu. Ostatnio widzę to tylko w telewizji. Już nie wiem, jak to wszystko smakuje. Ale staram się być miły. Wyrozumiały i cierpliwy. Bo kocham wciąż, chociaż nie ma w tym żadnego uzasadnienia. Kocham w rozpaczy. W ukrywanych łzach i bezsilnym oczekiwaniu. Chociaż wszelkie przewidywania nie rokują dobrze, dalej staram się bez wzajemności. Żałosne.
Szczęśliwa miłość? Tylko w bajkach. Od pierwszego wejrzenia? W schronisku dla porzuconych zwierząt. Udany związek? Jedynie w hollywoodzkich produkcjach. Zaczynam wątpić, czy w ogóle coś z listy jest realnie możliwe i dla mnie. Nic tu po mnie. Tylko sobie strzelić w łeb...
Tyle się we mnie znów nazbierało. Żalu, goryczy, zazdrości, agresji. Niechęci do świata. Gniewu. Nie mam tego jak spożytkować i wiem, że kiedyś to wszystko, co w sobie głęboko ukryłem wypłynie niespodziewanie i zabije mnie. Mam przynajmniej nadzieję, że będzie to widowiskowy wybuch – fajerwerkowa śmierć w polocie.
28 grudnia, niedziela.
Radość. Radość radosnąca. Cieszyć się. Radość. Nigdy dość! Z tej wymyślonej chwili. Tańczyć i nad gruntem się unosić. Krzyczeć, śpiewać, walczyć, zęby szczerzyć. Ponad poziomy wyrzucać się, miotać regułom wbrew. Pić i palić wśród znajomych, żywych ciał. Zapijać szczęśliwą czkawkę alkoholem. Rad-ość. Radości przyjemna. Nie ustawaj! Bo jutro. Jutro szczególne. Jutro w końcu nadejdzie. Błyszczące, lśniące, uśmiechnięte. Radość, bo wreszcie zobaczę Cię ponownie. Bo codzienność nabierze jaskrawych kolorów, kontrastów-impastów. W poprzek, wspak i horyzontalnie toczyć się będzie radosna wielu twarzy dyskusja. Nowe miejsca. Wymiana spojrzeń, widziadeł, dotykań. Pięty będziemy chwalić. Chwali-pięty! I wyć, płakać razem. Razem. Sprzeciwiać się zastanym schematom, o sztuce debatę toczyć w masońskim gronie, towarzyskiej, brudnej elicie. Jak jeden wielki rozum nadmuchamy się. W euforii westchnień, mową samych oddechów będziemy się pożywiać. Goryczeć, konkludować, informacyjnym szumem się spamować. Jutro.
Mnie błyszcz! Ty-ja lśnij. Ja-moje baw się! Raduj! Rób się bla-bla-bla! Make me blow! Make me glow! Zwulkanizuj mnie moje. Moje i moją ja. Ja, ciesz się dopokąd da się! Nim połknie mnie noc...
Ja moja, Ty twoje, on i ona wyssani. Wpuszczamy w nich ultrafioletowe korzenie. Nasze, wasze klaszcze w kleszcze. Jego aplauz, oni w ryk. Wy-my-ją nas we krwi. Będzie z tego istna kaszanka, przyimków orgia. Gastronomicznie globalny rarytas. Z grobów powstaną chwile-momenty. Odrodzi się sok mrugnień i poruszeń. Ekstaza i euforia. Już powoli, powoli. Będziemy ją pić do dna, do spuchnięcia, eksplozji. Aż do zwrotu, wyjazdu, powrotu. Aż do pierwszej porannej mgły.
28 grudnia, niedziela.
Znów się nie chce spać. Znów dokucza głód. Znów ciężko będzie wstać. Ten chłód znów. Księżne znów pod latarniami oczekują. Księża nadal nie chcą rozgrzeszenia dać. Mają znów przedesnem myślizłe. I ten wstyd. W kolejce przed krzyżem kolejny raz. Po tabletki nasenne, psychotropy, hasz. Oddać nasienie. Ręce pod sutanną i czerń zamienia się w biel. Ktoś znów zrobił głupi żart i zawiązał z tyłu rękawy. Koloratkę zdjęli dopiero tam, wśród zamkniętych, bezpiecznych czterech ścian. Karetka jeździ wciąż i wciąż na sygnale. Do znudzenia wspaniale, bo organista znów się winem schlał. Co noc to samo przecież gra. I pada zgniłym trupem. Deszcz. Jeszcze tego nie słyszałeś? Ludzie wtedy znów masowo wyrzucają parasole. Zepsute chlapią. Na dole miejskie kałuże. Chowa się tłum. Do sklepów lgną te szczury. Do pubów. Zalać się w trupa. Przemoczyć się od wewnątrz, nim na zewnątrz zrobi to deszcz. Na sali śmiech. Ktoś znów zrobił głupi komuś żart. Za oknem przejechała karetka. Wspaniale, bo mokro. Ale w takich chwilach nie rozmawia się o pogodzie. Jakiś żart. Jakaś pięść. Telefon. I zawiązują kolejnego. Trzeszczący wrzask aż do brzasku. Wśród tych białych czterech ścian może ksiądz wreszcie rozgrzeszy?
Za siebie spójrz, czy droga pusta. Nie gaś za szybko światła. Bo tylko pieprzona dziwka Elstal wie, gdzie czai się ten okrutny, parszywy Bóg. O, taaaka z niej luźna wydechowa rura!
Elstal: Krzyczeć nie będę. Prawdopodobnie nie poczuję nawet. Nie dyszę, nie stękam, nie szepczę. Nie jodłuję i nawet nie jajeczkuję. Wyjebaj mnie więc w kosmos statkiem. Szybko, bo to last minute, fastfood, mcdrive all inclusive. Z pochwy zrób mi gazową komorę. Oh, taka ze mnie luźna, pusta, echem odbita, smrodem podszyta kurwa. Chłonna wydzielin szmata. Sama już ze mnie dziura została, otwór, szczelina-jaskinia. Ratuj mnie - zatkaj mnie, proszę! Włóż mi cały menhir lub chociaż swoją głowę! Bo się już całkiem odwrócę na lewą stronę...
17 listopada, poniedziałek.
Ostatnio Księżyc świeci niezwykłym blaskiem. Gdyby zgasić latarnie, oświetlałby białymi promieniami cały balkon i odbijał się od okien jak w tysiącu luster. Marzy mi się podziwiać go razem ze wszystkimi, którzy kiedyś wiele dla mnie znaczyli. Z niegdyś poznanymi i tymi już nieznanymi. Wymieniać się uśmiechami i spojrzeniami, dyskutować aż do świtu przy cyklicznie powracających dźwiękach stukania się kieliszkami. Żeby pobudzać niezaspokojone zmysły. Spotkać ich jeszcze raz - marzy mi się w świetle Księżyca zaraz przed snem...